Lider z duszą

Życie jak medytacja – medytacja, jak życie.

Rozmowa z Henrykiem Szmidtem 
Część. I 
Jeśli ktoś jest zainteresowany prawdą, to w medytacji znajdzie odpowiedź na wiele różnych pytań – dowie się, jak sam funkcjonuje, kim jest i co może. Bo medytacja obdziera nas z nierzeczywistych wyobrażeń na temat nas samych i pokazuje ich iluzoryczność.

Dorota Nawrotek – Medytujesz nieprzerwanie od ponad pięćdziesięciu lat, od ponad trzydziestu uczysz medytacji. Charakteryzuje Cię głębokie kontemplacyjne podejście do życia, które łączysz ze współczuciem i szacunkiem dla drugiego człowieka. Skąd wzięły się u Ciebie takie zainteresowania?

Henryk Szmidt – Gdy byłem nastolatkiem i przyglądałem się bacznie światu, zauważyłem, że ludzie fascynują się głównie narodzinami i śmiercią, a zaniedbują życie, które zdarza im się pomiędzy. Postanowiłem więc, że ja zajmę się tym, co pomiędzy – życiem, jego sensem i drogą, która nas prowadzi. Przyglądając się życiu, dość szybko doszedłem do wniosku, że jego sens nie jest nam dany odgórnie, że nie mamy wytyczonej przez opatrzność i ukrytej w głębokim lesie wszechświata własnej ścieżki, która czeka aż ją odkryjemy, że żyjemy w tajemniczej dżungli, w której wyrąbujemy własny szlak. Ten szlak pozostawiamy za sobą, możemy więc zobaczyć przeszłość, która doprowadziła nas do obecnego miejsca, ale przyszłość musimy stworzyć sami – siłą własnej woli, własnych decyzji i intencji. Zauważyłem też, że choć nasza uwaga może być skierowana w przyszłość, przeszłość i  na obecny moment, to jedynym co naprawdę mamy do dyspozycji, jest aktualna chwila. Możemy w niej być, albo niekoniecznie – możemy marzyć, wspominać, odurzać się i robić wiele innych rzeczy, ale naprawdę żyjemy tylko wtedy, kiedy jesteśmy przytomni i świadomi tego, co nam się wydarza w danym momencie. Wykorzystując potencjał chwili nadajemy więc sens życiu. A w to podejście wpisuje się mocno medytacja.

– Pamiętasz, jak to się stało, że zacząłeś medytować?

– To odbyło się dość przypadkowo – jako młody chłopak zagubiony w oceanie konfuzji i emocji, arogancki i ambitny, szukałem rzeczy na miarę mojej arogancji, i nałogowo czytałem. Pewnego razu moją uwagę zwróciła książka, opisująca medytację, jako najtrudniejszą rzecz, którą człowiek może robić. Była to wydana w latach dwudziestych ubiegłego wieku pozycja autorstwa Alexandry David-Néel „Mistycy i cudotwórcy Tybetu”. Zafascynowała mnie opisywana w niej wędrówka autorki przez Tybet, świat brudnych lamów, treningi medytacji i nowe obcobrzmiące słowa – tumo (sztuczne podnoszenie za pomocą medytacji temperatury ciała) i lung-gom-pa (ezoteryczny trening pozwalający przebiec po górskim terenie 100 km dziennie, przesyłając wiadomości z klasztoru do klasztoru). Wtedy zacząłem szukać książek opisujących techniki medytacyjne i medytować. Równolegle zajmowałem się jeszcze wieloma innymi rzeczami – próbowałem treningu interpersonalnego, jogi oczu, tai chi, testowałem, wiele technik rozwojowych, jednak medytacja wygrywała ze wszystkimi tymi aktywnościami i tylko ona przetrwała do dziś.

– Co takiego jest w medytacji, że nieodmiennie Cię fascynuje?

– Świadomość …  nieskończona świadomość, którą przesycona jest każda chwila, a więc badanie świadomości może być zadaniem na całe życie. Oczywiście są też inne ludzkie fascynacje, które mają znak nieskończoności, na przykład nauka, która wciąż dostarcza czegoś nowego, czy sztuka. Jednak, żeby praktykować naukę i sztukę, potrzebne są nam odpowiednie narzędzia i miejsce, a badając świadomość nie potrzebujemy żadnych specjalnych warunków, więc medytacja to dodatkowo bardzo wygodna dziedzina, którą możemy uprawiać właściwie każdym momencie.

– Można nazwać Cię badaczem swojej świadomości?

– Moja pasja nie dotyczy tylko mojej świadomości, ale również tego, jak można pomóc komuś innemu rozwinąć uwagę i uzyskać świadomość. Zajmuję się usuwaniem złudzeń, odkrywaniem tego, co wymyślamy na temat swój i świata. Uważam, że większość ludzkich problemów wynika z tego, że zdarzają nam się rzeczy, których nie rozumiemy,  że jesteśmy zagubieni i doświadczamy emocji, które wytrącają nas z równowagi, a nie wiemy nawet tego, skąd się te emocje pojawiają, więc cierpimy z powodu niewiedzy. Oczywiście pragniemy zmniejszyć to cierpienie i zawzięcie szukamy czegoś, co daje oparcie, dlatego właśnie jesteśmy podatni na różne wierzenia – wierzymy  w astrologię, w przewidywanie przyszłości, w rytuały indiańskie, w anioły i naukę. Nieustannie poszukujemy paradygmatu, który w łatwy sposób wytłumaczy i zmniejszy nasze cierpienie, i uporczywie poszukujemy siebie. Te poszukiwania są jednak też skazane na niepowodzenie, bo nie istnieje żaden tajemniczy posąg który nazywa się „ja”, wiec gdy szukamy siebie, niewiele odnajdujemy – trafiamy na jakieś ślady, cienie, złudzenia, jakieś powody, ale im bardziej je chcemy zobaczyć, tym bardziej one się rozmywają i rozpuszczają. W końcu pozostaje tylko świadomość, która szuka siebie samej i dochodzimy do wniosku, że jesteśmy bardzo wrażliwym odbiornikiem falujących, i pulsujących bodźców, docierających do nas ze wszystkich stron.

– Jesteś niezwykle barwną osobą, bo przecież nie tylko medytujesz, ale i osiągasz sukcesy w wielu innych dziedzinach – zajmiesz się sztuką, biznesem, coachingiem, consultingiem, reagujesz na to, co przynosi rzeczywistość, no i masz w sobie wiele spokoju – taka osobowość może przyciągać naśladowców. Zarażasz pasją?

– Chciałbym zarażać i oczywiście mam swoich uczniów, choć droga medytacji wcale nie jest tak łatwa i atrakcyjna, jak się wydaje. Żeby medytować trzeba bowiem przejść wstępne trudności, pokonać bariery, a jest ich sporo – jedną z nich jest nuda, kolejną zrozumienie, że medytacja to nie ciąg fascynacji. Częsta pułapka, w którą wpadają ludzie to polowanie na niezwykłe stany, które w czasie praktyki mogą się zdarzyć. Jeśli więc ktoś doświadczy uspokojenia umysłu, to już zawsze chce spokojnego umysłu, jak pojawi się ekstaza, to ekstazy, jak wejdzie w trans, to już całe życie chce być w transie, a tymczasem w medytacji czeka go pięć lat śmiertelnej nudy, w czasie których nic się nie wydarza i nie ma żadnych transów.

– Pięć lat to spore wyzwanie, a jednak dużo osób medytuje systematycznie. Czy mógłbyś opowiedzieć, jak wygląda droga adepta medytacji?
– Trudno mówić o jednej drodze, bo w każdym przypadku jest zupełnie inaczej. Zwykle zaczyna się tak, że ktoś słyszał o medytacji, jako o metodzie która pomaga w wielu życiowych problemach i zaczyna praktykę, bo chce sobie pomóc. Na początku każdy ma swoją indywidualną motywację – „Jestem szarpany przez przeciwstawne emocje, których nie rozumiem, a ponieważ medytacja jest źródłem mądrości, to ona pewnie mi wszystko wyjaśni” – myśli jeden.  Drugi ma inny problem, a więc układa sobie w głowie inną narrację: „Piję dwa litry wina dziennie, zaburza mi to świadomość, postanowiłem więc, że względów zdrowotnych, rodzinnych i towarzyskich z tym skończę i medytacja mi w tym na pewno pomoże”.
Nieco później można zauważyć, że medytujący dzielą się na trzy grupy – pierwszą grupę stanowią ludzie poszukujący ekscytujących dziedzin, które mają dostarczyć im wielu wrażeń, ćwiczą więc medytację, podobnie jak nurkowanie, latanie na lotni czy masaże i gongi tybetańskie, a gdy okazuje się, że jest to mniej ekscytujące niż sądzili – odchodzą. Druga grupa osiąga konkretne efekty i odnotowuje wymierne korzyści, ale po roku po prostu nudzi się medytacją i rezygnuje. Jest jednak jeszcze trzecia, bardzo niewielka grupa osób, które doświadczają wejścia w tzw. „strumień”, czy „nurt rzeki” –  medytacja ich wciąga, pochłania i pozostaje wielką pasją do końca życia. Można więc powiedzieć, że to nie my bierzemy medytację, tylko medytacja bierze nas, a wtedy nie ma już drogi do tyłu, świadoma obecność staje się sposobem funkcjonowania i nie można już potem być nieświadomym.  

– Stawiasz znak równości miedzy medytacją  a świadomością?

– Medytacja  jest metodą, a świadomość jest tym, do czego ta metoda nas prowadzi.

 Od kogo się tego wszystkiego nauczyłeś ?

– Miałem dziesiątki nauczycieli, tych mniej i bardziej znanych. Wśród tych bardziej znanych był Thích Nhất Hạnh – przedstawiciel wietnamskiej odmiany buddyzmu, czyli mahajany, z którym odbyłem kilka odosobnień. Jednak najwięcej czerpałem tradycji tybetańskiej i z tradycji ningma. Fascynujący mistrzowie, od których miałem przyjemność się uczyć,  to Dilgo Khyentse Rinpoche,  Czogjal Namkhai Norbu i Lopon Tenzin Namdak z tradycji Bon, która jest rodzajem religii tybetańskiej. Zawsze też bardzo fascynował  mnie zen japoński. Za jednego z moich najważniejszych nauczycieli uważam Jerzego Grotowskiego, bo moim zdaniem, to czego on nauczał pod pretekstem teatru, to była medytacja. Odbyłem u niego odosobnienie, które nazywało się „Teatr źródeł”. Prowadzili go członkowie jego zespołu, którzy poszukując źródeł pierwotnego teatru w różnych zakątkach świata, dotarli do technik praktykowanych przez pierwotne plemiona. Te techniki przekazywali nam potem podczas tygodniowego odosobnienia. Zrobiło to na mnie tak wstrząsające wrażenie, że trzy dni i trzy noce nie mogłem spać.

– A jak to się stało, że uczyłeś medytacji  w sandze buddyjskiej ?

– To było we Francji. Pojechałem tam w 1981 roku w celach turystycznych, ale nagle okazało się, że w Polsce wybuchł stan wojenny, więc zostałem. Po paru latach, kiedy już byłem zadomowiony i całkiem dobrze mówiłem po francusku, przyjechał do mnie mój warszawski nauczyciel kung fu i Tai chi –  słynny Nam, który chciał otworzyć swoją szkołę pod Paryżem. Odwiedzaliśmy różne miejsca, poznawaliśmy różnych ludzi i tak pewnego dnia dotarliśmy do mieszkania jego znajomych. Zdumiałem sie ogromnie, gdy zobaczyłem pokój, który prawie w całości wypełniał duży czerwony tron. Okazało się, że znajomi mojego przyjaciela to architekci, a tron stoi u nich w domu, bo właśnie malują go dla swojego mistrza. Kiedy zainteresowałem się ich mistrzem, dostałem zaproszenie na spotkanie. Tak znalazłem się w centrum sangi. Powoli poznawałem jej zwyczaje, ludzi, a gdy dowiedziałem się, że nikt tam nie praktykuje medytacji, zaproponowałem, że poprowadzę grupę i tak też się stało. Wydawało mi się naturalne, że początkowo przychodzili do mnie medytować sami Polacy, ale gdy zbyt długo żaden Francuz do nas nie dołączał, zacząłem badać tego przyczyny, a te okazały się zdumiewające – okazało się bowiem, że sekretarka, która zajmowała się planowaniem zajęć, mówiła zainteresowanym, że medytujemy po polsku i nie trzeba nam przeszkadzać. Kiedy wyjaśniłem nieporozumienie, grupa zaczęła się powiększać i moje zajęcia znalazły się w rozkładzie dnia. Nauczycielem medytacji stałem się przypadkowo, bo tak naprawdę nie chciałem być nauczycielem, chciałem medytować – najpierw zresztą tylko siedziałem, dzwoniłem dzwoneczkiem na początek i na koniec sesji,  i proponowałem ćwiczenia rozluźniające.  Ale jak już tak siedziałem i dzwoniłem, to ludzie zadawali mi pytania. A ponieważ miałem pasję do medytacji, przestudiowałem wiele książek, miałem za sobą długą praktykę (medytowałem przecież od czternastego.roku życia) i sam o wiele pytałem w czasie różnych zajęć, to umiałem odpowiadać na te pytania. Potem stopniowo tworzyliśmy zasady, według których powinno się wykładać medytację, powstawały podręczniki, zjawiali się inni instruktorzy, mnie wysłano do Londynu, żebym tam uczył.
Aż w końcu zostałem instruktorem instruktorów.

Jakie podejście do medytacji jest Ci bliskie?

– Jestem zwolennikiem podejścia, które zaprezentował Patanczali w słynnym traktacie o jodze. Traktat ten ukazał się w 1986 r., w tłumaczeniu wybitnego specjalisty od jogi – Leona Cyborana, w Bibliotece Klasyków Filozofii PWN.  To był mój pierwszy podręcznik medytacji. Patanczali, przedstawiając w nim drogę jogi (bo kiedyś nie było medytacji, była tylko joga), mówi o tym, że do doskonałych rezultatów można dochodzić różnymi sposobami. Jeden z nich to droga ćwiczeń fizycznych (są to asany), kolejny to droga logicznego rozumowania, jest też droga wiary w wyższą istotę i droga świadomości. Moja specjalizacja mieści się w obszarze badania świadomości i w bardzo praktycznym podejściu do doświadczenia, i to mam do zaoferowania tym, którzy się ze mną uczą.

Ciąg dalszy  –  o medytacji w życiu lidera biznesu i innowatora już wkrótce (20. 07. 20.)

Henryk Szmidt

Zarządzanie innowacjami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *