Lider z duszą

MISTRZOWSKIE ZDROWIE

Jeśli nie nacierpiałeś się dość, to cierp dalej, albo zrób coś –
zajmij się sobą, obserwuj, przejmij odpowiedzialność za to, co robisz i myślisz
– to trudniejsze, niż bycie ofiarą okoliczności, losu, Boga, męża, rodziców,
ale na pewno znacznie skuteczniejsze.

W obliczu wyzwania

Dorota Nawrotek – Jesteś żywą reklamą Twojej książki „Coaching zdrowia”- w wieku 70. lat, pół roku po zderzeniu czołowym z autobusem, jeździsz po Polsce i świecie, prowadzisz coachingi, warsztaty. A przecież poważnie naruszyłaś sobie kręgosłup. Przyznam, że jak Cię zobaczyłam w zimie, chodzącą o balkoniku, to miałam dużą obawę, co do efektów Twojej rehabilitacji. A tymczasem bardzo szybko odzyskałaś pełną sprawność.

Monika Zubrzycka-Nowak – Wcale nie tak szybko, trwało to prawie pół roku. Nie załamałam się chyba tylko dlatego, że od razu bardzo pozytywnie podeszłam do tego zdarzenia. Jeszcze w stresie powypadkowym dziękowałam opatrzności za drugie życie, bo jak leciałam na ten autobus, to właściwie się pożegnałam, wiedziałam, że to koniec. A tu proszę, nowy początek! No i od razu działałam – stosowałam terapię meridianową, żeby nie wyeliminować traumę powypadkową i pamięć strasznego furgotu pchanego przez autobus samochodu. W efekcie powrót do prowadzenia samochodu nie był dla mnie żadną trudnością, nie miałam cienia strachu, czy niepewności.

Co to jest terapia meridianowa?
–To alternatywna metoda pracy – w miarę stukania w określony punkt na wierzchu dłoni napięcie puszcza, uspokajają się emocje i następuje rozluźnienie w ciele. O terapiach meridianowych można poczytać w Internecie, najbardziej powszechna jest EFT (emocjonal freedom terapy). Oczywiście można je zastąpić innymi metodami, takimi jak oddychanie czy terapia behawioralna.

Najważniejsze, żeby mózg się nauczył, że dane zdarzenie wiąże ze spokojem, a nie z napięciem, bo gdy doświadczamy napięcia na wspomnienie trudnego zdarzenia, to może dojść do trwałej asocjacji , więc warto zrobić coś, żeby temu zapobiec.

– Jeśli chcemy pomóc sobie oddychaniem, to jak to robić?
– Przede wszystkim oddychać z pełnym rozluźnieniem, żeby przywrócić przepływ energii w ciele, bo przecież organizm ma funkcjonować w zasobnym stanie, niezależnie od tego, co się dzieje. Gdy namierzam napięcie (na przykład myśląc o ukochanej zmarłej mamie) i czuję potworny żal, to mam oddychać czując ten żal, tak długo, aż się rozpuści, minie.

Czyli mam zaakceptować żal, a nie odganiać go?
– I jeszcze dać mu energię … mówi się nawet, że mamy zaprosić tej emocji więcej, bo jak jej pozwolimy być, to przepłynie i zniknie. A im bardziej emocji nie chcemy tym bardziej one na nas napierają i wtedy musimy wydatkować więcej energii, żeby utrzymać je pod kontrolą, więc jesteśmy wciąż napięci, sztywnieje nam ciało i gaśnie zaufanie do życia.
Sposobów na uwolnienie napięć jest wiele – jest też medytacja, obserwacja ciała, modlitwa – to wszystko działa.

Poza psychiką mamy jeszcze fizyczność. Co z zrobić, żeby po urazach i chorobach, jak najszybciej wrócić do sprawności?
– Działać adekwatnie do sytuacji. Ja musiałam przekroczyć swoją wrogość do środków przeciwbólowych, bo staram się nie truć chemią. No ale ból zabija w człowieku wszelką aktywność, z czasem też nadzieję, sytuacja zmusiła mnie więc, żeby rozstać się ze swoimi przekonaniami.

 Są oczywiście osoby, które potrafią przekroczyć swój ból, wchodząc w stany obserwatora, nawet gdy bardzo cierpią, ja tego nie umiałam, więc musiałam korzystać ze wspomagaczy (zresztą dość prędko je odstawiłam).

 

Uwaga, tu chodzi o Ciebie!

Na ile to, co robiłaś wpisuje się w ideę coachingu zdrowia?
– Mocno się wpisuje.

Książkę napisałam głównie po to, żeby przenieść centrum odpowiedzialności za zdrowie na właściciela ciała, umysłu, duszy… Żeby uświadomić ludziom, że pogorszenie stanu zdrowia jest zwykle reakcją na konkretną sytuację, a naszym zadaniem jest zmiana przyczyny, która wyzwala tę reakcję, bo tylko wtedy ciało może naprawdę wrócić do normy.

Jesteśmy wychowani w przekonaniu, że jak się nam coś dzieje, to mamy iść po pigułkę, zażyć ją i być zdrowi. Patrzymy na ciało, jako na pojazd, który ma nam służyć, a jak coś się czasem zepsuje, to trzeba to szybko naprawić. Ale przecież, jak mamy samochód, to dbamy o niego, konserwujemy, czyścimy, sto rzeczy robimy przy samochodzie, często znacznie więcej niż przy samym sobie. A przecież jesteśmy dużo bardziej skomplikowanym systemem. 

– Systemy, to kolejna twoja specjalizacja. Jesteś terapeutą systemowym, czy coachem systemowym?
– Myślę, że jestem na etapie myślenia systemowego – z wiekiem pojawia się zwykle taka konstatacja, bo kiedy nie ma pośpiechu, walki o przeżycie, robienia kariery, można przyjrzeć się światu, zobaczyć, co robimy sobie, co robimy planecie. A robimy dużo, żeby mieć problemy. Doskonale ilustruje to dowcip, o bacy, który siedzi na gałęzi i piłuje tą gałąź od strony pnia. Przechodzący turysta patrzy na to i mówi: „ Baco, baco, nie siedź tak, bo spadniesz.”, „ Nie spadnę nie spadnę.” – odpowiada baca. Za chwilę oczywiście leci w dół i zdumiony wykrzykuje „Prorok, czy co?” Bardzo często postępujemy tak ze swoim zdrowiem, nadwyrężamy je, niszczymy, a potem się dziwimy, że mamy skutki, które przecież łatwo było przewidzieć.
Siła działania

 Co powinniśmy robić, żeby cieszyć się dobrym zdrowiem?

– Po pierwsze stworzyć warunki środowiskowe dla zdrowia, czyli nauczyć się oddychać. Większość ludzi oddycha kawałkiem płuc, nerwowo, ma klatkę ściśniętą i w ogóle nie wie, co to swobodny oddech.
Po drugie wysypiać się, zadbać o to, żeby odpoczywać, bo odpoczynek jest niezbędny do zregenerowania ciała.
Po trzecie – odżywiać się zdrowo o tym bardzo dużo się mówi i trudno powiedzieć, co jest zdrowe, bo każdy mówi co innego.

Więc warto zająć się obserwacją tego, co mi służy, na przykład zapisywać, jak się czuję, po tym czy innym posiłku, kiedy mam energię, a kiedy jej nie mam.
No i warto pamiętać o piciu dobrej wody – należy pić tyle, ile organizm potrzebuje. I znowu trudno powiedzieć ile, bo medycyna podaje zawsze statystyki, a te nie uwzględniają indywidualnych różnic.
Ważne jest też radzenie sobie ze stresem i odporność psychiczna. Trzeba nauczyć się odreagowywać napięcia i regenerować się.

Nie ma znaczenia, czy człowiek biega na siłownię, czy tańczy radośnie przy muzyce, czy rzuca się w gotowanie, chodzi o znalezienie sposobu powrotu do dobrostanu. Bywa, że nie umiemy go sami wypracować i wtedy warto pójść na terapię, coaching, czy jakiekolwiek inne działania, które pomogą utrzymywać dobrostan powyżej 50% czasu, a nie dwie chwilki w ciągu dnia.

– To bardzo ważna wskazówka – 50% czasu, a nie dwie chwilki w ciągu dnia, bo czasem ktoś mi mówi, że się regeneruje, bo oddycha jadąc samochodem i stojąc w kolejce.
– … a poza tym, nie oddycha (śmiech) … Oddychać warto regularnie. Oddychając redukujemy napięcia w klatce piersiowej, rozciągamy ścięgna, które się ponapinały. Wstrzymywanie oddechu jest w pewnym sensie reakcją, która przychodzi z pomocą, gdy nie chcemy odczuwać emocji. W naszym społeczeństwie mamy bardzo dużą wrogość do emocji – słyszymy: „nie złość się, bo nie wypada, to nieprofesjonalne…” i jak pojawia się złość, to chcemy się jej pozbyć, bo przecież ona grozi odrzuceniem, i człowiek tłamsi tę złość, a gdy hamujemy emocje, przestajemy oddychać.

Są różne szkoły oddychania, co Ty polecasz?
– Myślę, że każda zmiana prowadząca do uwolnienia oddechu jest dobra. Ja na przykład od jakiegoś czasu biorę dziennie 5000 oddechów w seriach po 30 ( a w zasadzie 5010 bo się inaczej nie dzieli) – chodzi o energetyzowanie ciała, ponieważ od dawna cierpię na brak energii, a energię dajemy ciału biorąc oddech – im głębszy, pełniejszy, szerszy, tym powietrza i energii dostarczamy więcej.
Ale przecież możliwości jest mnóstwo – mogę brać duży wdech, mogę oddychać szybko, mogę powoli, mogę oddychać górą – szczytami płuc, mogę głęboko przeponą do brzucha. Jak zaobserwuję, że oddychając przeponą popycham wszystkie narządy trawienne, czyli z każdym oddechem masuję jelita i pozostałe organy, to poprzez własne doświadczenie zrozumiem, że oddychanie do brzucha jest warte zachodu.
Jeśli wiem, że wydech jest uspokajający, to jak potrzebuję uspokojenia, mogę robić długie wydechy i jeszcze różne dźwięki wydawać, na przykład wzdychać z ulgą.

Oddech, odpoczynek, odżywianie … , o co jeszcze należy zadbać, żeby być zdrowym?
– O to, żeby przebywać w towarzystwie, w którym rosnę, w którym się dobrze czuję, które daje mi energię, które mnie inspiruje. Nie chodzę więc na imieniny do cioci, gdy wiem, że tam będzie tylko gadanie o chorobach i wyjdę słaniając się.

– Czasami muszę, a w zasadzie wybieram pójście do Cioci, z różnych przyczyn ….
– Jeśli wybieram pójście do cioci, to zostaję na przykład tylko połowę tego, co zwykle. Mogę też przyjść z tematem, który zaangażuje towarzystwo i skieruje dyskusję na inne tory. Miałam ciocię, która opowiadała o swoich chorobach z takimi szczegółami, że trudno było to wytrzymać, ale jak pytałam ją o wspomnienia z młodości, to mówiła z dużą radością – jej to służyło, bo kwitła, mnie to służyło , bo się uczyłam historii sobie nieznanej.

Dbając o siebie trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje relacje. Jeśli idę na przyjęcie, żeby mnie tam zabawili, a ONI mnie nie zabawili, to jestem ofiarą. Wzięcie odpowiedzialności to nieco trudniejsza droga, niż bycie ofiarą okoliczności, losu, Boga, męża, rodziców. Odpowiedzialność ponosimy też za to, co robimy, żeby nasze zdrowie pozostawało stabilne, jak reagujemy na to, co się dzieje. 

 Tu warto sobie przypomnieć słowa – jeśli nie nacierpiałeś się dość, to cierp dalej, albo zrób coś.

 

Zmiana kierunku

– Bardzo mi o imponuje, jak Ty wciąż się rozwijasz, jak pracujesz nad sobą, jak wciąż robisz coś nowego …
– To już nie jest szukanie nowego, ja nawet patrzę na siebie ze zdumieniem, że nie sięgam po wiedzę zewnętrzną, tyko doświadczam i obserwuję co na mnie działa a co przestało działać, bo pewne rzeczy się wypalają. Mam przesyt teorii i autorytetów, choć kiedyś poszukiwałam guru – autorytet zewnętrzny miał dla znaczenie, wewnętrzny był słaby.

I znalazł się guru?
– Wielu, ale już przestałam szukać, teraz szukam guru wewnątrz.

Kiedy znajdujesz?
– W każdym doświadczeniu, w zaufaniu, w dzieleniu się tymi doświadczeniami – wtedy jestem guru dla siebie i mogę sprawdzać, na ile jest to ogólne, na ile indywidualne.

Często bywasz guru dla innych?
– Ja nie mogę być guru dla innych, to inni mogą zrobić sobie ze mnie guru i to robią, ale to nie moja wina, nie moja odpowiedzialność, widocznie mam coś, co dla ludzi jest ważne, a nie do końca wiem, o co chodzi.

A jak podejrzewasz?
– Podejrzewam, że mam ogląd systemowy wielu dziedzin i że to jest ponętne, że nie ma we mnie przywiązywania się do jakiejś teorii, bo teoria musi być logiczna i musi się zgadzać z doświadczeniami człowieka. I ta logika u mnie występuje.

Jakby nie było z wykształcenia jesteś fizykiem… Twoja droga do zawodu coacha musiała być długa?
– Po pójściu ścieżką społecznie uznaną, zetknęłam się z ciężką chorobą przyjaciółki i zaczęłam szukać dla niej pomocy.

– Ścieżka społecznie uznana to …
– Grzecznie wyjść za mąż, urodzić dzieci, chodzić do pracy, zaharować się prawie na śmierć. Szukając pomocy dla przyjaciółki znalazłam kurs Silvy i poszłam, żeby ją wesprzeć. Wtedy nastąpił przełom i zaczęła się moja droga rozwojowa. Zresztą zmiana zawodu była mi potrzebna.

 Po urodzeniu pierwszego dziecka straciłam w dużej mierze pamięć i to ogromnie utrudniało mi pracę. Gdy czytałam rozdział, świetnie wszystko rozumiałam, a gdy zamykałam książkę, nie byłam sobie nawet w stanie przypomnieć, jakiego działu fizyki dotyczył. Byłam asystentem na wydziale biofizyki na medycynie, więc szybko zrozumiałam, że straciłam szansę na zrobienie kariery w zawodzie, ale jeszcze dziesięć lat się z tym ukrywałam.

Kiedy poszłam na Silvę, dowiedziałam się, że nie straciłam pamięci, tylko dostęp do pamięci, że są temu winne napięcia i nerwy, i że można je odbudować. Wtedy po raz pierwszy czytałam cokolwiek z ciekawością i ekscytacją. Bo ja do tej pory grzecznie się uczyłam, ale w tym nie było mnie. Wedy też dowiedziałam się, że każdy odpowiada za swoje życie – to wcale nie było dla mnie oczywiste, bo zwykle bywałam ofiarą okoliczności – nakrzyczeli, to się źle czuję i tyle. Potem zaczęłam chodzić na różne kursy i iść własną drogą do szczęścia, poszukując magicznej różdżki.

 Po 10. czy 15. latach jej poszukiwania powiedziałam koleżankom z rozwojowej grupy, że jeśli któraś jeszcze raz pójdzie na warsztat, to wylatuje z zespołu, bo magicznej różdżki nie ma, a my mamy już wszystkie narzędzia, tylko trzeba je stosować i iść krok po kroku.

– A skąd się wziął coaching?
– Robiłam kurs soulwork, który mój trener nazywał coachingiem i tam nauczyłam się pracy z rozwiązaniami. Ale chciałam więcej, więc uczyłam się jeszcze terapii – godzinami skupiałam się na problemie, pracowałam ze sobą i z innymi ludźmi, i nie byłam zadowolona z efektów. Wtedy wróciłam do coachingu, który był antidotum na myślenie „problemowe” i dawał mi energię miast ją zabierać.

 

Mistrzyni życia

Po co nam te wszystkie metody rozwojowe? Czego ludzie szukają w coachingu, mentoringu, w innych formach wsparcia?
– Żeby ich życie nabrało sensu i jakości. Mój rozwój, to było przeprogramowanie się na człowieka, który widzi w życiu pozytywne strony –
nie mogę mówić, żeby tak było 24 godziny na dobę, ale odróżniam momenty, w których jestem zadowolona i niezadowolona, a przy moim wcześniejszym ciągłym napięciu, nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tkwię w niezadowoleniu, bo to była norma.

Która z metod, jakie przeszłaś na drodze swojego rozwoju, pomogła ci najbardziej?
– Nie ma takiej oczywiście, bo na każdym etapie co innego było potrzebne, ale wiem na pewno,  że praca z ciałem jest najszybszą metodą. Chodzi o wszelkie formy oddechowe, pracę z tańcem, ruch, masaże, spontaniczność. Człowiek zachodu jest wychowany w głowie i o ciele wie tyle, że ma dwie ręce i dwie nogi. Tymczasem ciało zarządzane mózgiem gadzim – najstarszym, najsilniejszym i najszybszym – ma w naszym życiu najwięcej do powiedzenia, więc warto się z nim zaprzyjaźnić i jednocześnie obserwować emocje, bo to drugi kawałek, który nas destabilizuje. Oczywiście głowa też jest istotna.

Jesteśmy całością, nasz system nerwowy jest nierozdzielny, więc jeśli potraktujemy myślenie, jako szósty zmysł w stosunku do wzroku, słuchu, czucia, smaku i węchu, i damy myśleniu takie same prawa, jak odczuwaniu, patrzeniu, słuchaniu, czuciu i smakowaniu, to dojdziemy do równowagi.

Jakie efekty swojego rozwoju uważasz za najcenniejsze?
– Może to, że mam więcej tolerancji, ciekawości i wycofania.

Wycofania? …
– Mnie jest dobrze ze sobą, wydaje się, że powinnam iść do ludzi, ale nie idę i zaczynam rozumieć, że człowiekowi ze samym sobą może być tak dobrze, że świat zewnętrzny staje się niepotrzebny. No i rozumiem, że świat jest pełen możliwości, a w zależności od tego, co siedzi w moim umyśle, ja z tego świata mogę wywołać odpowiednie rzeczy dla siebie.

Kogo nazwałabyś mistrzem życia?
– Człowieka, który ze swojego bardzo trudnego losu wyszedł na prostą – jest pogodzony ze sobą, pełen życzliwości dla innych, świata, przyszłości …

Według tej definicji jesteś mistrzynią życia.
– Jestem na drodze do życiowego mistrzostwa.

Co w tym momencie jest dla Ciebie najważniejsze?
– Znalezienie tego, jak tym, co mam, dzielić się z innymi, coaching już mi nie wystarcza, chcę propagować systemowe i duchowe podejście do życia, nie wiem jeszcze jak – szukam inspiracji.

 

Monika Zubrzycka – Nowak

Coaching i mentoring

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *