Przywództwo osobiste

Bzdura nr 2 – Bądź sobą!

Na prawo i lewo ciągle słyszałem: – „Bądź sobą”, „Rób po swojemu”, itp, itd.
Tak tego dużo było ostatnio, że w końcu i do mnie dotarło, przebijając do mojego zakutego łba. Zacząłem myśleć. To męczące, ale tym razem zrobiłem wyjątek. Mając nadzieję, że wszystko da się uprościć, rozbiłem problem na elementy pierwsze. Wtedy dopiero się zaczęło – pełna schizofrenia! Bo być sobą to znaczy kim? Robić rzeczy po swojemu, to znaczy dokładnie jak? 

 

Zwykle nie myślę, bo to działa na mnie jak narkotyk – jak już zacznę, to nie umiem przestać. Myślałem dalej. Jak mam być sobą znaczy, że sobą nie jestem.

Fakt. Jestem nie sobą! Popatrzyłem na siebie w lustrze. Rzeczywiście. Jakby ktoś inny. Ten, ale nie ten. Może to uszy?


Przestań! – powiedziałem sobie – Różne mądre, inteligentne osoby mówią, że nie jesteś sobą, to nie jesteś.

Przychodziło mi z trudnością, uznać to, tak zupełnie, do końca. Żeby poruszyć sprawę do przodu, zastosowałem sprytny chwyt:

– Może uznaj to jakoś tymczasowo i zobaczymy co dalej – bez wysiłku zgodziłem się sam ze sobą. Nic dziwnego, zwykle mam takie same zdanie jak ja sam. No i przyjąłem za postulat wyjściowy, że nie jestem sobą.

Czy całe życie spędziłem dotąd, nie będąc sobą? – analizowałem problem. Jak to? No tak!
Do dzisiaj byłem nie sobą. Teraz mam być sobą.

– Hej, to może działa okresami. Dzisiaj jestem sobą a jutro nie? No dobrze, jeśli czasami nie jestem sobą, lub w ogóle nie byłem dotąd sobą, to wtedy gdy nie jestem sobą, to jestem kim? Może jestem sąsiadem? Albo co gorsza sąsiadką? – to akurat mi się niezbyt spodobało, bo jakkolwiek sąsiad jest OK, sąsiadka jest starą zołzą i sama już myśl o tym, że nią jestem wywołała w moim ciele żywy odruch protestu.

Zaczęło mnie wszędzie swędzić. Dla uspokojenia powiedziałem sobie, że może jestem i nie jestem sobą jednocześnie. Oho!

– Jesteśmy na dobrym tropie. – pomyślałem. Mam takie dwie części. Jedna to „Ja-który-jest-sobą” [JJS] a druga to „Ja-który-nie-jest-sobą” [JNJS]. Czyli tak naprawdę to jest nas dwóch: JJS i JNJS.

– Hej, to doskonałe rozwiązanie. Mamy ekipę ! –  ucieszyłem się. Dwóch to już grupa, po pierwsze poczułem się raźniej, a po drugie silniejszy. To jest moc myśli – pomyślałem. Przed chwilą byłem samotny, a teraz, hop, siup i już się rozmnożyłem. Poczułem się naprawdę świetnie. Może to działa dalej? Bo, jeśli jest JJS i JNJS, czyli (bo już z podniecenia zapomniałem co znaczą te skróty) „Ja-który-jest-sobą” i „Ja-który-nie-jest-sobą”, to może jest jakieś trzecie ja, które to wszystko obserwuje. Tak, to tak musi być, bo przecież właśnie to poczułem i zaobserwowałem.
– Czyli jest nas trzech. Dwaj dotychczasowi i ten, który to wszystko widzi, komentuje i zwija się chwilami w kłębek ze śmiechu. Uff!
Sięgnąłem po papierosa. Cholera, zapomniałem, że rzuciłem palenie trzydzieści lat temu.

Moja myśl pochłaniała mnie i rozwijała się w zawrotnym tempie. Zupełnie zrozumiałe, bo już nie myślałem jako jednostka, było nas trzech.

Skoncentrowani, w fazie, myśleliśmy jednocześnie i nasze myślenie wzrastało w postępie logarytmicznym. Okazało się, że wymyślony przeze mnie obserwator całego procesu, może mieć drugiego obserwatora, który go też obserwuje, a ten z kolei następnego i tak do nieskończoności.

To trudne zadanie widzieć siebie jako nieskończoną hierarchię, obserwujących siebie obserwatorów, ale nie na darmo miałem po swojej stronie nie tylko armię „Ja” kolejnych stopni, wspomagających moje myślenie z rosnącą siłą, ale i długoletnie studia filozofii Wschodu, psychologii i innych dziwnych rzeczy.
 – Okkkkej! – zakrzyknąłem z zachwytem. Zatem jest nas nieskończona ilość i wszyscy wszystkich obserwujemy. Każdy widzi wszystkich pozostałych. Hurrra! To dopiero MOC!

Poczułem wdzięczność dla tych wszystkich osób, które mówiły mi, że mam „Być sobą”. Jeśli takie są skutki, to sprawa warta świeczki. Zacząłem szukać książeczki czekowej, żeby wysłać im wszystkie pieniądze. Nie było tego wiele, ale wiedziałem, że zasłużyli na każdy grosz jaki mam i nawet na więcej.

– Hola, hola! – Poczekaj chwilę, – powiedziałem do siebie. Nie to, że wtrąciło się moje skąpstwo, bo jestem raczej szczodrobliwy z natury, ale proces myślenia nie dobiegł jeszcze do ostatecznych konkluzji i rozwijał się z rosnącą szybkością. Stanął przede mną nie tylko nieskończony szereg obserwatorów, ale w pewnym momencie siła i moc sprzęgniętych mózgów osiągnęła takie natężenie, że poczułem się tak potężnie, że aż nieludzko.

– A Kosmici? Czemu mam wykluczać ze mnie nieskończoną ilość cywilizacji gwiezdnych? Samo pytanie, jego ogromna moc, sprawiła, że włączyły się dopalacze. Jestem coachem, znam moc pytań, ale to czego doznawałem było nieporównywalne z niczym.

Czułem, że mój proces myślowy spotęgowały nieznane cywilizacje żyjące na peryferiach mnogich Galaktyk i za chwilę całego Kosmosu. To już nie była moc. To był jakiś Super-Hiper-Giga-Meta ogromny wir, wsysający w siebie i znane, i nieznane. Szczególnie nieznane zaczęło się mnożyć z zastraszającą szybkością. Dotychczasowe poczucie orientacji rozpuściło się i stanąłem w centrum Świata. Unosiłem się nad Wszystkim, czując nieskończoną Moc, patrząc w jej mrok.
I powiedziałem: – „Niech stanie się Światłość!” I stała się Światłość.

Szpitalny psychiatra zapalił żarówkę, wchodząc do pokoju. – Wypuścimy Pana jutro. – zagadał. – Ale proszę mi obiecać, że już nie będzie się pan zajmował tematem „bycia sobą”, bo następnym razem może się dla Pana skończyć jeszcze gorzej. Obiecałem.

Wychodząc ze szpitala przejrzałem się w witrynie. Byłem sobą. Od samego początku. Było tak jak twierdził lekarz.
– Zawsze jest Pan sobą. – powiedział.
Odetchnąłem z ulgą. Świat nabrał zwyczajnych wymiarów, wiał jesienny wiatr, pachniało mokrymi liśćmi. Psie kupy świeciły wilgocią na chodnikach. Zbliżałem się do domu. Będzie miły wieczór. Żona, dzieci, telewizja. Normalka. W przydrożnym kiosku zwróciła moją uwagę okładka jakiegoś magazynu.

Przeczytałem urywek tekstu: – „… możesz się zmienić tylko wtedy, gdy sam siebie zaakceptujesz.” – To ja sam siebie nie akceptuję? – mruknąłem do siebie. – Jak to możliwe? – To kogo ja akceptuję? – Sąsiadkę? Szybko zacząłem akceptować wszystkich i wszystko, znienacka spęczniałem, przybrałem na wadze. Siła tego procesu powaliła mnie na ziemię.

Stoczyłem się do przydrożnego rowu. Wyciągnąłem smartfona, napisałem powyższą wiadomość. Błagam pomóżcie. Nie mam już siły się ruszać. Mój adres ………..

 

 

Henryk Szmidt

Zarządzanie innowacjami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *